Chrzest, którego książę nie musiał ponawiać. O zmianach jakie przyniósł rok 966
Chrzest Mieszka I w 966 roku odbył się 1060 lat temu a przecież po dziś dzień jest tematem ożywionych dyskusji i prac historyków. Z jednej strony nie podobna się temu dziwić bo wydarzenie było szczególnie ważnym w historii powstającego państwa polskiego (chociaż wówczas nikt tego państwa tak nie nazywał. Z drugiej strony skąpa baza źródłowa daje szerokie pole do spekulacji, wysnuwania wniosków, interpretacji źródeł archeologicznych. Fenomen postaci Mieszka I jego polityki cieszy się nie słabnącym zainteresowaniem a data chrztu (chociaż przez wielu uważana za umowną) jest okazją do dyskusji, choćby do przedstawienia niniejszego wywodu opartego na pracach polskich mediewistów oraz nowszej literaturze.
Historycy są właściwie zgodni co do jednego: chrzest Mieszka I był faktem nie zaprzeczalnym. Wszystkie inne wydarzenia były i są do dziś przedmiotem sporów i debat historycznych. Samo pochodzenie księcia Mieszka i próba stworzenia jego biografii w chwili obecnej doczekała się bogatej literatury. Rzec można: po ponad milenium jakie upłynęło od śmierci tego księcia; Mieszko wciąż żyje (przynajmniej w opracowaniach historycznych) i ma się dobrze. Kim był pierwszy władca Polski? Dziewiętnastowieczny historyk Karol Szajnocha przychylał się do tezy stworzonej przez niemieckich historyków jakoby Mieszko był Skandynawem czyli Wikingiem. Przez analogię: na sąsiedniej Rusi jarl Ruryk przejął władzę i założył dynastię Rurykowiczów. Dziś ta teoria jest mocno krytykowana. Jak pisze prof. Przemysław Urbańczyk a zgadza się z nim prof. Andrzej Buko i zdecydowana większość historyków: „Brak jest jakichkolwiek dowodów, przede wszystkim archeologicznych na potwierdzenie tej XIX wiecznej tezy. Ci Wikingowie wraz z Mieszkiem musieliby przypłynąć nad brzeg Bałtyku; zdjąć ubrania i albo nago podbijać tereny Słowian albo poprosić miejscowych o odzienie bo sklepów z odzieżą i bronią raczej nad Bałtykiem nie było”. Tłumaczenie wydaje się być przekonujące.
Kolejną tezę przedstawił wspomniany już prof. Urbańczyk w pracy „Korzenie Polski” dowodząc, że Mieszko mógł być potomkiem Mojmirowiców: władców państwa Wielkomorawskiego, którzy po klęsce jaką zadali im Madziarzy, znaleźli schronienie na ziemiach dzisiejszej Polski. Wskazują konstrukcje hakowych umocnień grodów, imiona nadawane w rodzinie piastowskiej. Ponadto tempo w jakim Mieszko budował państwowość nasuwa przypuszczenie, że działał według „gotowego wzoru”.
Natomiast prof. Jacek Banaszkiewicz, dr Grzegorz Pac przychylają się do uznania Mieszka i jego poprzedników jako przedstawicieli rodzimej Wielkopolskiej dynastii. Pomysłów na biografię księcia Polan jest więcej a uznając za prawdziwe choćby tylko przytoczone powyżej to potomek Piasta musiałby prowadzić co najmniej potrójne życie.
Przyjęcie chrztu przez księcia dużego, znaczącego państwa było celnym posunięciem politycznym (tu jest pełna zgoda wszystkich naukowców) ale musiało być też wydarzeniem głośnym w ówczesnym świecie „plotki i wiadomości zawsze przenoszono szybko a brak dzisiejszych mediów przez wieki rekompensowano na różne sposoby” . Mediewiści zauważają jednak, że chrzest władcy Polan w 966 roku zanotował (pół wieku później) tylko biskup Thietmar, tak na marginesie państwa Polan i jego władców Thietmar raczej nie lubił. Być może, jak zauważa prof. Tomasz Jurek, akt chrztu odbył się nieco wcześniej, może w 965 roku. Oczywiście jest to możliwe ale niezbitych dowodów również brak. Sporne jest nawet miejsce przyjęcia chrztu przez tego władcę; tych miejsc mogło być kilka: Gniezno, Poznań, Ostrów Lednicki a zdaniem Jerzego Dowiata mogła to być Ratyzbona w Niemczech.
Ważne jest, że chrzest księcia stał się czynnością nieodwracalną, a przecież wcale nie musiał takową być. Przeciwnie. Jest wiele przypadków gdy władcy przyjęli chrzest ale po jakimś czasie… wrócono do religii pogańskiej. Księżna Olga Kijowska ochrzciła się w 957 roku i nie oznaczało to początku chrystianizacji Rusi, bo dopiero trzydzieści lat później dokonywał tego świeżo ochrzczony książę Włodzimierz. W 1251 władca Litwy Mendog ochrzcił się i znowu nie przyniosło to początku chrystianizacji Litwy, która musiała czekać „nawrócenie” Jagiełły i na Jadwigę Andegaweńską. Wielu władców normandzkich dosłownie „uciekało sprzed chrzcielnicy”, czasem z wyrachowania, czasem z powodu „żałości za religią praojców”. Po 966 roku z Polską mogło być naprawdę różnie, tym bardziej, że chrystianizacja ludu miała potrwać prawie trzysta lat, tak więc pierwsi Piastowie wcale nie naciskali na szybkie i bezwzględne narzucenie chrześcijaństwa, w przeciwieństwie na przykład do chrystianizacji pogańskich Sasów. Za czasów Mieszka powstało niewiele kościołów, właściwie udokumentowano jeden w dzisiejszym Poznaniu. Jeszcze w XI- XII wieku ludność dokonuje pochówków ciałopalnych, zakazywanych przez nową religię, dlatego trudno znaleźć cmentarze i groby szkieletowe z tego czasu. Powstawały oficjalne biskupstwa ale nie tworzono licznych parafii. Władcy byli spokojni o wiarę poddanych, nie spieszyli się z narzuceniem nowej religii dla ludu. Chrystianizacja poddanych państwa piastowskiego trwała wszak dobre 300 lat.
Czemu nie obawiano się konkurencji ze strony dawnej religii pogańskiej i powrotu do starych wierzeń? Możliwe, że Dux Mesko i jego następcy byli wystarczająco przekonujący wobec swoich poddanych, a ci rozumieli jak bardzo nie wypada i niebezpiecznie jest sprzeciwiać się ich woli.
Ale jest też inna teoria. Poddani Mieszka I zdaniem prof. Marka Figlerowicza wcale nie byli tylko Słowianami: „Badania genetyczne zachowanych szczątków kostnych wskazują, że znaczny procent ludności był pochodzenia autochtonicznego czyli była to ludność mieszkająca w tym miejscu przed przybyciem Słowian na tereny dzisiejszej Polski”. Mieszko i Dobrawa mogli więc rozmawiać w języku słowiańskim czyli bez tłumacza i świadków, ale inni ludzie mieszkający nad Odrą i Wisłą zapewne mówili w różnych narzeczach, co rzecz jasna nie przeszkadzało słuchać, a może raczej bać się, jednego władcy. Dopiero z czasem wszyscy przyjęli język i zwyczaje słowiańskie. Zdaniem prof. Marka Barańskiego w X wieku była to raczej mozaika różnych wyznań i języków, w której grody i plemiona miały swoje „pomniejsze bóstwa”. Nie było więc wielkich, scentralizowanych ośrodków religii pogańskiej i dużych skupisk wyznawców dawnych bóstw. Religie przyniesione przez Słowian dla wielu już wcześniej były czymś nowym. Innymi słowy religie pogańskie bardziej dzieliły niż łączyły poddanych państwa piastowskiego; dokładnie odwrotnie niż chrześcijaństwo promowane przez Mieszka i jego następców.
Ciekawą koncepcję przedstawił dr Grzegorz Pac stwierdzając: „Chrzest księcia wydarzył się w czasie dobrego prosperity, zbiory plonów mogły być obfite. Zarazy omijały tereny państwa a możni widzieli sukcesy polityczne. Dla ówczesnych był to znak, że warto zwrócić się w stronę chrześcijaństwa bo starzy bożkowie zwyczajnie przegrywali z nową, potężniejszą religią”. Innymi słowy władcy swoją polityką zapewnili poddanym spokój wewnątrz kraju, przy okazji aura pogodowa sprzyjała zbiorom. „Religię traktowano wówczas jako coś co sprawdza się empirycznie. Jeśli oddawanie czci bóstwu przynosi dobre prosperity to religię należy kultywować”. Skoro ogół obywateli widział „dobrą zmianę” po przyjęciu nowej „skutecznej” religii to chrześcijaństwo było jak najbardziej do zaakceptowania i nie ma sensu buntowanie się przeciw takiemu porządkowi. Wzmacniało to rzecz jasna prestiż władcy, który wybrał mądrze a poddanym pozostawało jedynie by pójść w jego ślady.
Tylko nawet najlepsza prosperity nie może trwać zawsze. Mieszko II doświadczył klęski, z całą pewnością nałożył się na to kryzys gospodarczy, to rzeczywiście mógł być dobry powód by zacząć się buntować. Ale czy istotnie chodziło o reakcję pogańską wywołaną przez ludzi, którzy zatęsknili za czasami minionymi? Cytowani mediewiści i tu bywają sceptyczni. Kryzys państwa wczesnopiastowskiego był wywołany przez sąsiadów i opozycję wewnątrz kraju. Nieliczne kościoły, miejsca kultu padły ofiarą grabieży bo były częścią administracji, dla wielu zniszczone i nie chronione przybytki zapewne były okazją do zwykłego rabunku. Rzecz jasna musieli być tacy, którzy głośno mówili o powrocie „do dawnego prawa”, ale nie musiał tego chcieć szeroko pojęty ogół obywateli. Po pierwsze: gdyby ta społeczność rzeczywiście nie mogła znieść konwersji na wiarę chrześcijańską to nie czekałaby ze swoim sprzeciwem ponad 70 lat. Najprawdopodobniej w 1038 roku (w czasie najgłębszego kryzysu państwa piastowskiego) nie wielu żyjących pamiętało czasy prosperity religii politeistycznej. Po wtóre: przywracanie hierarchii kościelnej przez Kazimierza Odnowiciela nie trwało długo, nie było więc mowy o oporze ze strony poddanych, nikt na większą skalę i w sposób zorganizowany nie bronił religii pogańskiej a przydomek Odnowiciel nie wziął się z nikąd. Dużo trudniejsze do realizacji okazało się pokonanie Miecława na Mazowszu w klasycznej, trudnej wojnie domowej.
W końcu powód najważniejszy, dla którego chrztu księcia nie trzeba było ponawiać oraz przyczyna, dla której kolejni Piastowie nie spieszyli się z chrystianizacją i raczej byli spokojni o poglądy swoich poddanych. Chrystianizacja kraju, wprowadzana w stylu Mieszka I i jego następców, była korzystna dla prostych poddanych państwa piastowskiego. O ile Piastowie budzili respekt, nie naciskali gruntowną reformą religijną, to jednak po chrzcie księcia i zapewne jego współpracowników, w kraju musiało się wiele zmienić. Książę zobowiązał się żyć wedle prawa chrześcijańskiego i tego wymagano od mieszkańców mających styczność z ośrodkami władzy, czyli przede wszystkim tych, którzy mieszkali w okolicach grodów.
Po pierwsze: wygaszano handel niewolnikami, po których to miał przyjeżdżać Ibrahim Ibn Jakub. Władca budował państwowość na wzór chrześcijańskich krajów Europy Zachodniej; potrzebował ludzi do pracy w swoim kraju. Nie znaczy to, że z handlu niewolnikami zrezygnowano bezpośrednio po akcie chrztu księcia, ale ten proceder był już bardzo źle widziany w świecie chrześcijańskim. Zwłaszcza gdy mieszkańców schrystianizowanego kraju sprzedawano żydowskim czy muzułmańskim kupcom, czemu stanowczo przeciwstawiał się biskup Wojciech, wszak czeska Praga była ośrodkiem targów niewolnikami. Zapewne nie przypadkiem czcigodny biskup Wojciech udał się do Bolesława Chrobrego. Ochrzczony władca, przynajmniej w teorii, miał obowiązek dbać o dobrostan swoich poddanych, traktowanie ich jako „towar” nie mieściło się w kanonie chrześcijaństwa.
Po drugie: kasztelanowie grodowi mieli obowiązek stosować i egzekwować zalecenia chrześcijańskiego prawa; a to prawo znacząco złagodziło system stosowanych kar. Dawne pogańskie prawodawstwo było surowe dla żyjących, nie zostawiało miejsca na „pośmiertne rozliczenie człowieka przez Boga, wszystko miało odbyć się w ramach świata doczesnego”. Z zastrzeżenie wszakże; łagodność sądów i postępowania dotyczyło ludności schrystianizowanej. Cały system kar polegających na okaleczaniu, a przewidzianych na przykład za cudzołóstwo, prawo chrześcijańskie pomijało, łagodziło, ostateczne rozliczenie zostawiając Stwórcy. „Wobec ludności służebnej kmieci, rzemieślników, wojów nie zalecano stosowania okaleczeń ciała, oszpecania twarzy, albowiem trzymano się do Biblijnej zasady: człowiek jest stworzony na obraz i podobieństwo Boga”. Nie znaczy to, że wszędzie i zupełnie zrezygnowano z nawiązywania do starego, surowego systemu kar, niemniej poważnie go ograniczono.
Często przywoływane argumenty jakoby utrzymanie nowej rozbudowanej administracji państwo-kościelnej poddani nie byli w stanie utrzymać bo obciążenia znacząco wzrosły też nie wytrzymuje konfrontacji z faktami. Zdaniem cytowanych powyżej historyków to właśnie za czasów Mieszka I, jego syna Bolesława, wnuka Mieszka II między Odrą, Wisłą a Bugiem nie było wojen. Nie znaleziono śladów spalonych grodów, mieszkańcy mogli cieszyć się pokojem. Działania militarne prowadzono, tyle że na zewnątrz kraju; to generowało koszty, ale bezpośrednio ponosili je wojowie i możni; toteż oni byli grupą bardziej skorą do buntów przeciw władcy. Państwem piastowskim nie zatrzęsły rewolty ludowe tylko bunty możnych, braci władców, kasztelanów, palatynów: Piotr Włost, Sieciech, biskup Stanisław. Jeśli chodzi o koszty na rozbudowę administracji kościelnej to w pierwszym wieku chrystianizacji nie były one wielkie. Mieszko I ufundował świątynię w Poznaniu i być może (nie ma na to dowodów) kilka drewnianych kościołów. Bolesław był bardziej aktywny na tym polu, lecz i tu trudno mówić o rozmachu w budownictwie sakralnym. Prawdą jest, że z czasem ludność będzie ponosić większe obciążenia na utrzymanie administracji, świątyń, klasztorów. Zawsze jednak i każda rozwijająca się państwowość żądała większych świadczeń i podatków wraz z rozwojem zasięgu administracji, siły armii.
Jak wspomniano na wstępie przyjęcie sakramentu chrztu przez Mieszka I jest zagadnieniem, które z biegiem lat wcale nie traci na znaczeniu i zainteresowaniu historyków. Wprost przeciwnie; po 1040 latach jest to historia mocno eksploatowana, poznawana i opisywana z wielu perspektyw, nic nie wskazuje by w przyszłości miało się to zmienić. Chociaż wśród mediewistów panuje zgoda, że sakrament przyjęty w 966 roku dotyczył przede wszystkim osoby księcia bo poddani chrystianizowali się przez kolejne wieki, to jako żywo dla ogółu ludności był to początek poważnych zmian i początek kształtowania się państwa polskiego.
M.Mazur
Na skróty
Przydatne linki
Biblioteka w liczbach